Karmienie mlekiem modyfikowanym


Opowiem Wam historię jaka przydarzyła mi się podczas jednego z pobytów Tośka w szpitalu. Salę dzieliliśmy z malutkim 5-miesięcznym chłopczykiem. Jego mama miała jeszcze dwoje dzieci, a że późno zdecydowała się na macierzyństwo to i swoje lata też skończyła. O ile dla mnie wiek nie ma znaczenia, każdy decyduje się na to wtedy, kiedy jest gotowy, to podejście do pewnych spraw powinno mieć swoje zasady. 
karmienie mlekiem modyfikowanym

Chodzi mi o karmienie mlekiem modyfikowanym. Chłopiec (wcześniak) był malutki i drobniutki. Karmiony był wyłącznie mlekiem matki. Codziennie pielęgniarki ważyły go przed i po karmieniu w celu wyliczenia przyrostów dobowych. Jak się okazało, prawie ich nie było. Zaczęto więc szukać w czym tkwi problem takiego stanu rzeczy. Szczególnie, że przy piersi był bardzo często. Po wnikliwych obserwacjach okazało się, że mleko matki w tym akurat przypadku było po prostu za mało odżywcze. Kiedy wyszło, że trzeba dokarmiać mlekiem sztucznym, matka wzniosła ręce ku niebu   
„Jak to, przecież wykarmiłam już dwoje dzieci bez żadnych problemów!”.

Czasami jednak tak się zdarza, że chcąc lub nie chcąc trzeba dziecku dostarczać odpowiednią ilość składników odżywczych do prawidłowego wzrostu innym sposobem. Wśród stęków jak to sztuczne mleko śmierdzi, że na pewno nie będzie smakowało, podała małemu. Nie umiał jeszcze dobrze ciągnąć przez smoka, więc tu zaczął się horror! 

Nie mogłam na to patrzeć, matka podniosła dziecko nienaturalnie wygięte i zaczęła wciskać mu mleko na siłę! Buteleczka była jednorazowa, plastikowa, przy mocniejszym ściśnięciu ciśnienie wyrzucało smoczek, a mleko wypływało bokami. To jej nie zraziło, psiocząc pod nosem, co ona za butelkę dostała, robiła to dalej. On płakał, krztusił się. Nie zdziwi Was na pewno to, że strasznie mu się po tym ulewało. Serce mi się krajało, ale co można zrobić? Dałam cynk pielęgniarce, następnego dnia przyszła, pokazała na spokojnie, pobujała, przytuliła malucha do piersi i sam wszystko wypił, bez żadnych krzyków i płaczów. Pokazała, że naprawdę można. Ale co z tego jak mama chłopca dalej praktykowała swoje metody, oby tylko wrócić do łóżka. Powiem Wam, że szybko tego widoku nie zapomnę!

Czy mleko modyfikowane to samo zło?


Tosiek nie toleruje laktozy. Poza tym w 9 miesiącu sam odstawił się od piersi. Wtedy zaczęłam karmić go mlekiem modyfikowanym. I czy to było takie zło? Dla mnie nie. Nie mogłam sama karmić, nie jadł jeszcze pełnowartościowych posiłków jak starsze dzieci, więc trzeba było zaufać innemu produktowi. Wierzę, że zajmują się tym eksperci, a zaawansowane badania potrafią odpowiednio przygotować produkty do podania dzieciom. Wiadomo, że mleko matki a sztuczne bardzo się między sobą różnią. Jak inaczej jednak zapewnić pociesze odpowiedni poziom składników odżywczych?
Występuje bardzo wiele rodzajów mleka modyfikowanego, od takiego redukującego problemy wzdętego brzuszka po mleko bez laktozy. Te dwa przykłady sami stosowaliśmy. Teraz jak Tosiek już jest większy pije mleko dla dorosłych tylko bez laktozy.

Czy ciężko nauczyć się karmić niemowlę?


Powiedziałabym, że wysysa się to z mlekiem matki ;) Kobiety dzięki instynktowi szybko radzą sobie z takimi działaniami. To się czuje, a jeżeli mamy wątpliwości (ja przy 1 dziecku miałam ich milion) to zawsze można zapytać pielęgniarki bądź lekarza. Nie miałam lekko na początku, musiałam przez pierwsze kilka dni używać nakładek żeby dziecko chciało jeść. Pamiętajcie, że strach ma tylko wielkie oczy, a każdy z personelu szpitala na pewno udzieli Wam pomocnych rad.


Jeżeli chciałybyście poczytać o karmieniu mlekiem modyfikowanym, jakie wybrać, na czym polega karmienie łączone to zapraszam tutaj http://www.enfamil.pl/pl/articles-videos/karmienie-mlekiem-modyfikowanym-i-karmienie-laczone

Doceńmy Handmade!

Zawsze najbardziej ceniłam prezenty, w które wkłada się część siebie. Jestem jedną z tych osób, które uwielbiają różnego rodzaju robótki. Czy to malowanie, szycie, czy może zbijanie desek.... Czego to się nie wymyślało żeby zrobić coś oryginalnego. Jeden z pomysłów wrzucałam nawet na bloga (DIY znajdziecie tu). Dla osób nie lubiących babrać się w farbach i klejach czy tych, którzy zostali stworzeni do robienia innych rzeczy powstało mnóstwo stron i stronek z produktami HANDMADE.


Na samym Facebooku jest tego zatrzęsienie. Nie powiem, czasami już nie mogę patrzeć jak ciągle przewijam te same pomysły, ale gdy widzę coś nowego to chętnie popieram. Każdy przedmiot to kawał dobrej roboty, niepowtarzalne i nie do podrobienia. Najlepsze jest to, że drugiego takiego samego nie znajdziecie. Każdy ma swoje sposoby na tworzenie. Można znaleźć naprawdę niezłe perełki.

Chciałam też poruszyć jeden wątek, który ciągle przewija się przez grupy szyciowe. Pamiętajcie, że produkty wykonane ręcznie o dobrej jakości mają swoją cenę. Nie złapcie się, że poduszka za 15 zł to super promocyjna cena. Wiele kobiet próbuje swoich sił w szyciu, jedne robią to lepiej, inne gorzej. Zazwyczaj "świeżaki", które traktują to bardziej jak hobby zaopatrują się najtańszym z możliwych sposobów. Nie mam tu na myśli, że tanie jest złe, ale dobrej jakości materiał ma swoją cenę. Przecież zawodowe krawcowe mają związane z tym opłaty. W dodatku jeżeli ma to być jeszcze przeznaczone dla dzieci to już w ogóle polecam ostrożność.

Szkoda mi trochę osób, które zarabiają tym na życie. Nie ma nic za darmo, niestety. Post piszę pod impulsem pewnej sytuacji. Kobieta ewidentnie targowała się tak, żeby najlepiej nic nie płacić. Jak wtedy takie krawcowe mają utrzymać rodzinę? Szycie to ciężka i mozolna praca. Doceńmy to i bądźmy sprawiedliwi. Nie powinniśmy targować się na rzeczach, których wartość odpowiada jakości.

Jak umyć okna 2x szybciej!

Podobno jestem gadżeciarą. Przynajmniej tak mówi mój mąż. No i jak na prawdziwą gadżeciarę przystało, lubię wyszukiwać i sprawdzać przedmioty, które mają mi ułatwić codzienne obowiązki. Tym razem chodzi o okna.Wiosną niemalże każda Pani domu zabrała się za mycie okien. Ja również podążyłam tym rytuałem. Oczywiście nie musicie się domyślać, że to jedna z rzeczy, których nie lubię robić (tak jak zmywania naczyn). Takim oto sposobem wpadł mi w ręce bardzo przydatny sprzęt. Mówię o elektrycznej myjce firmy Vileda.


No i kurcze to naprawdę działa! Koniec lejącej się wody na parapet, koniec z kilogramem ręczniczków walających się pod nogami i latanie do sklepu po nowe rolki. Myję okna gąbką i wodą z płynem, a potem klik i ziuuuu myjką po oknie. Kilka ruchów i cała brudna woda trafia do pojemniczka. Co prawda jeszcze nie doszłam do perfekcji i tego mycia bez smug, ale to zaledwie chwila wprawy. Jedyny minus to, że nie dociera przy krawędziach, ale to już nie problem przejechać szmatką jak pozostałe kilometry okna błyszczą. Nic się przecież samo nie robi, ale to też może tylko kwestia czasu aż coś takiego trafi na rynek ;)





Rączka myjki jest ruchoma, więc ładnie dopasowuje się do powierzchni. Miłym zaskoczeniem jest dla mnie ciche działanie urządzenia. Składanie i rozkładanie to kilka prostych ruchów. Czyszczenie to także łatwizna. Po umyciu okien wyjmujesz zbiorniczek z brudną wodą, wylewasz ją i przepłukujesz. W moim mieszkanku spokojnie obskoczę wszystkie okna na jednym ładowaniu. W dodatku myjka elektryczna Vileda jest lekka, dzięki czemu ręka tak szybko się nie męczy.

Szczerze polecam ten gadżet, dużo przyjemniejsza praca.

Żeby było ciekawiej i coś nowego wprowadzić na bloga  to nagrałam krótki filmik. Musicie mi jednak wybaczyć niedociągnięcia, dopiero się uczę poskramiać wideo ;)





Drgawki gorączkowe. Przygotuj się na to!


Można powiedzieć, że Tosiek chodzi do żłobka od święta. Najczęściej chodzi 2 dni w tygodniu. Ostatnio poszedł tylko raz. Kiedy z mężem pojechaliśmy go odebrać okazało się, że ma 38 st gorączki. Popatrzyłam na niego, ani kataru ani kaszlu. Żadnych innych niepokojących objawów. Pojechaliśmy do domu pewni, że może to ze stresu, albo jakieś przeziębienie. W koncu na nic się nie skarżył, a robił to zawsze, gdy go coś bolało. Była to jednak cisza przed burzą.
Dostał leki wieczorem, potem o 1 w nocy. Temperatura nie przekraczała 39 stopni. Następnego dnia chcieliśmy pójść do lekarza. Nie zdążyliśmy. O 5 rano przeżyliśmy koszmar. 41 stopni! Jednak to nie wszystko. To, co się wydarzyło pozostawiło wielki ślad w psychice. Drgawki nie zagrażają życiu dziecka, ale to traumatyczne przeżycie dla rodziców. Przeżyłam to sama, dlatego chciałabym Cię uprzedzić, jak radzić sobie w takim przypadku. 

Jak to wygląda?

Dziecko zaczyna drżeć, pręży się, traci kontakt z otoczeniem. Oczy podchodzą do góry, a niekiedy występuje ślinotok. Dziecko nie reaguje na Twój głos, nie utrzymuje kontaktu wzrokowego. Wygląda to naprawdę okropnie. Zdarza się, że występuje wstrzymanie oddechu. Nie można jednak dać ponieść się emocjom i zachować zimną krew.

Co robić?

Ułożyć dziecko na miękkim podłożu lub trzymać luźno na rękach żeby zapobiec urazom. Dobrze jest ułożyć je bokiem, co zapobiegnie ewentualnemu zachłyśnięciu się śliną. W żadnym wypadku nie można podawać dziecku płynów lub pokarmów i niezwłocznie wyjąć wszystkie przedmioty z buzi (butelka, smoczek). Jeżeli występuje wysoka gorączka podać leki w postaci czopków, aby jak najszybciej ją zbić. Napad nie powinien trwać dłużej niż 5 minut. W tym czasie należy zadzwonić po karetkę lub samemu udać się do lekarza w celu ustalenia przyczyny i wykonania niezbędnych badan. Nie zapomnij jednak, że dziecko nie może zostać nawet na moment samo.

Najważniejsze to nie bać się! 

Pamiętaj, że drgawki gorączkowe nie zagrażają życiu. Nie można jednak zbagatelizować ich wystąpienia. Występuje nawet u 4% dzieci do około 5 roku życia. Najczęściej towarzyszą różnego rodzaju infekcjom. Zazwyczaj drgawki gorączkowe występują u dziecka tylko raz w życiu. Jeżeli zdarzają się częściej trzeba zrobić specjalistyczne badania w kierunku padaczki czy innych chorób. 

Po pierwszym (i mam nadzieję, że ostatnim!) napadzie lekarz przepisał nam lek przeciwdrgawkowy w postaci wlewki doodbytniczej. Jest to lek na receptę, więc w razie czego dalsze instrukcje dostaniecie od swojego lekarza.

To wszystko brzmi strasznie, ale im więcej informacji zasięgniemy teraz, tym później lęk będzie mniejszy. Drgawki gorączkowe są dziedziczne, więc jeżeli nikt z Waszych bliskich na to nie choruje i jest to pierwszy raz, możecie być spokojniejsi. 

Mam nadzieję, że żaden z rodziców nie będzie musiał przez to przechodzić. Powinniśmy jednak dzielić się takimi informacjami. Wtedy łatwiej nam w takich sytuacjach zachować zimną krew.


Też tak uważasz? Podziel się informacją ze znajomymi rodzicami!

25

Co to może oznaczać?

25 kg masy, 25 razy powtórzone ćwiczenie, 25 zapałek w pudełku?
Dla mnie oznacza to nowy start.


Jedni mówią, że 25 lat to jeszcze młodzież, inni za to nazywają Cię starą dupą. 
Komu wierzyć? :) 

Ćwierć wieku to szmat czasu, zważywszy na to, że całe życie mojego syna to zaledwie 2 wiosny. Postanowiłam, że właśnie teraz stawiam grubą kreskę oddzielając moją przeszłość od tego co dopiero się stanie. Stawiam sobie plany, o których realizację będę zaciekle walczyć. Do tej pory lenistwo brało górę, ale czytałam tak wiele blogów, na których właściciele opisują swoje sukcesy, że sama zapragnęłam tej pozytywnej energii. Postanowiłam wziąć się w garść i przestać narzekać. Jeszcze tyle życia przede mną, które zamierzam wykorzystać jak najlepiej potrafię.

Ciekawi Cię czy dam radę? Mnie też. Spróbujemy?

Kulturalny dwulatek

Schodzimy po schodach. Nagle na klatkę z mieszkania pod nami wyłania się sąsiad. Wzrok w podłogę, hyc na schody. Wtem rozlega się głośne
-Dzień dobly!
Sąsiad budzi się z letargu, doszedł do niego sens słów i dalej z uśmiechem na ustach odpowiada 
-Dzień dobry 


Jak Tosiek chce żebyśmy się przesunęli, bo stoimy mu na drodze mówi "przepraszam". Kiedy ktoś kichnie mówi "na zdrowie". Jeżeli podaję mu choćby tylko kubek z piciem odpowiada "dziękuję". 

Wiele osób śmieje się z tego i odbiera to jedynie jako żart. Bo przecież takie dzieci są słodziutkie, jeszcze tak niewyraźnie mówią. Powiem Wam, że mnie wtedy rozpiera duma. Serducho rośnie ogromnie! Najlepsze jest to, że my go do tego nie zmuszamy, nie karzemy mu tego ciągle powtarzać. Czasami napomkniemy jak dostanie od kogoś prezent, nakierujemy, że w tym przypadku słowo "dziękuję" będzie odpowiednie i tłumaczymy dlaczego. To jest przykład na to, że taki dwulatek, chociaż może nie wygląda, to chłonie wszystko jak gąbka. Obserwuje jak zachowujemy się w domu, jak w gościach, podłapuje słówka, które wypowiadamy w różnych sytuacjach.

Odkąd na zaskoczenie lub na przestraszenie się Tosiek rzucił pare razy słowami "O Jezu!", zaczęliśmy bardziej zwracać uwagę na to jak się wyrażamy. Możecie sobie wyobrazić jak to komicznie wygląda, ale niestety nigdy nie wiemy w jakiej sytuacji i przy kim tak powie :) Jak już mówiłam, nie rzucamy w domu słowami typu "co mi na język przyjdzie". Wcale nie było to takie trudne, a po niedługim czasie mogłam już wymieniać się uprzejmościami z moim dwulatkiem. 

Nie popadajmy jednak w skrajność, nie przestawajmy się odzywać z obawy, że nieświadomie podsuniemy dziecku nieodpowiednie słowo. Właśnie musimy rozmawiać i to bardzo dużo. Słownictwo jakim będzie się posługiwać dziecko najpierw wychodzi z domu. Warto więc trochę dłużej zastanowić się nad wszystkim. Jak dla mnie to pełen sukces słyszeć "przepraszam, proszę, dziękuje" jeszcze w wersji bez "r" ;)

Kiedy to On choruje...

Zdarza się, że pomimo naszych starań i bronienia się rękami i nogami dopada nas choroba. Raz bardziej, raz mniej, oby jak najrzadziej. Tak samo nie jest tajemnicą, że matka chorować nie może :) Co jednak się dzieje jeżeli mąż zachoruje? Naszło mnie tak na refleksje teraz, kiedy jestem aktualnie w stanie nie do końca zdrowym.


Kiedy tylko On zachoruje...


Jeżeli nie masz jeszcze dzieci to możesz się przygotować, to będzie wielki test dla Ciebie i Twojej cierpliwości! Mężczyzna podczas choroby staje się małym bezbronnym chłopcem niezwykle zależnym od Ciebie. Jeżeli poradzisz sobie z czymś takim, nie masz się czego obawiać, dasz sobie radę jako matka :) "Podaj wodę, boli mnie, pomasuj, głodny jestem, chce mi się spać, nie chce mi się już spać, boli mnie głowa..." to tylko początek ;)

TT: Mam 37st, umieram...
TM: (patrzy z litością)
* * *
TM: Mam 39st...
TT: Wcale nie wyglądasz na taką chorą...
 :)


Kiedy Ona zachoruje...


Tutaj przytoczę tylko kilku słów między nami rodzicami podczas mojej poprzedniej choroby.

(5 rano)
TM: Ej, śpisz? Mam 40 st gorączki...
TT: Ale to mam nie iść do pracy? (wielkie zdziwienie na twarzy Małża)





Kiedy zachoruje On, a zaraz potem Ona...


Jeżeli naprawdę okropnie się czułam, to zwalałam domowe obowiązki na Męża, niestety. Prawie zawsze słyszałam w odpowiedzi, że on mnie tak po wszystko nie ganiał. Moje przykłady nie działały, bo przecież jego pamięć taka krótka...;)

Co się działo jeśli choroby były w odstępie kilku dni, a więc zapomnieć jeszcze się nie dało?
Kuchnia wypucowana, naczyń w zlewie brak, pranie wstawione, jedno już schnie, obiad zrobiony, podany do łóżka, dziecko zadowolone. Nie zrobiłam z tego ani jednej rzeczy, a więc można?Można!

TM:Zrobisz dziś obiad?
TT: A Ty nie dasz rady?
TM: Ja Ci podawałam jedzenie do łóżka...
TT:......(odgłos stukania w kuchni) :)

Tak więc moje Drogie, przypadek nie zawsze jest beznadziejny ;)


(Swoim wpisem nie chciałam urazić żadnego przedstawiciela płci męskiej, no ale Panowie, nie oszukujmy się ;))