Doceńmy Handmade!

Zawsze najbardziej ceniłam prezenty, w które wkłada się część siebie. Jestem jedną z tych osób, które uwielbiają różnego rodzaju robótki. Czy to malowanie, szycie, czy może zbijanie desek.... Czego to się nie wymyślało żeby zrobić coś oryginalnego. Jeden z pomysłów wrzucałam nawet na bloga (DIY znajdziecie tu). Dla osób nie lubiących babrać się w farbach i klejach czy tych, którzy zostali stworzeni do robienia innych rzeczy powstało mnóstwo stron i stronek z produktami HANDMADE.


Na samym Facebooku jest tego zatrzęsienie. Nie powiem, czasami już nie mogę patrzeć jak ciągle przewijam te same pomysły, ale gdy widzę coś nowego to chętnie popieram. Każdy przedmiot to kawał dobrej roboty, niepowtarzalne i nie do podrobienia. Najlepsze jest to, że drugiego takiego samego nie znajdziecie. Każdy ma swoje sposoby na tworzenie. Można znaleźć naprawdę niezłe perełki.

Chciałam też poruszyć jeden wątek, który ciągle przewija się przez grupy szyciowe. Pamiętajcie, że produkty wykonane ręcznie o dobrej jakości mają swoją cenę. Nie złapcie się, że poduszka za 15 zł to super promocyjna cena. Wiele kobiet próbuje swoich sił w szyciu, jedne robią to lepiej, inne gorzej. Zazwyczaj "świeżaki", które traktują to bardziej jak hobby zaopatrują się najtańszym z możliwych sposobów. Nie mam tu na myśli, że tanie jest złe, ale dobrej jakości materiał ma swoją cenę. Przecież zawodowe krawcowe mają związane z tym opłaty. W dodatku jeżeli ma to być jeszcze przeznaczone dla dzieci to już w ogóle polecam ostrożność.

Szkoda mi trochę osób, które zarabiają tym na życie. Nie ma nic za darmo, niestety. Post piszę pod impulsem pewnej sytuacji. Kobieta ewidentnie targowała się tak, żeby najlepiej nic nie płacić. Jak wtedy takie krawcowe mają utrzymać rodzinę? Szycie to ciężka i mozolna praca. Doceńmy to i bądźmy sprawiedliwi. Nie powinniśmy targować się na rzeczach, których wartość odpowiada jakości.

Jak umyć okna 2x szybciej!

Podobno jestem gadżeciarą. Przynajmniej tak mówi mój mąż. No i jak na prawdziwą gadżeciarę przystało, lubię wyszukiwać i sprawdzać przedmioty, które mają mi ułatwić codzienne obowiązki. Tym razem chodzi o okna.Wiosną niemalże każda Pani domu zabrała się za mycie okien. Ja również podążyłam tym rytuałem. Oczywiście nie musicie się domyślać, że to jedna z rzeczy, których nie lubię robić (tak jak zmywania naczyn). Takim oto sposobem wpadł mi w ręce bardzo przydatny sprzęt. Mówię o elektrycznej myjce firmy Vileda.


No i kurcze to naprawdę działa! Koniec lejącej się wody na parapet, koniec z kilogramem ręczniczków walających się pod nogami i latanie do sklepu po nowe rolki. Myję okna gąbką i wodą z płynem, a potem klik i ziuuuu myjką po oknie. Kilka ruchów i cała brudna woda trafia do pojemniczka. Co prawda jeszcze nie doszłam do perfekcji i tego mycia bez smug, ale to zaledwie chwila wprawy. Jedyny minus to, że nie dociera przy krawędziach, ale to już nie problem przejechać szmatką jak pozostałe kilometry okna błyszczą. Nic się przecież samo nie robi, ale to też może tylko kwestia czasu aż coś takiego trafi na rynek ;)





Rączka myjki jest ruchoma, więc ładnie dopasowuje się do powierzchni. Miłym zaskoczeniem jest dla mnie ciche działanie urządzenia. Składanie i rozkładanie to kilka prostych ruchów. Czyszczenie to także łatwizna. Po umyciu okien wyjmujesz zbiorniczek z brudną wodą, wylewasz ją i przepłukujesz. W moim mieszkanku spokojnie obskoczę wszystkie okna na jednym ładowaniu. W dodatku myjka elektryczna Vileda jest lekka, dzięki czemu ręka tak szybko się nie męczy.

Szczerze polecam ten gadżet, dużo przyjemniejsza praca.

Żeby było ciekawiej i coś nowego wprowadzić na bloga  to nagrałam krótki filmik. Musicie mi jednak wybaczyć niedociągnięcia, dopiero się uczę poskramiać wideo ;)





Drgawki gorączkowe. Przygotuj się na to!


Można powiedzieć, że Tosiek chodzi do żłobka od święta. Najczęściej chodzi 2 dni w tygodniu. Ostatnio poszedł tylko raz. Kiedy z mężem pojechaliśmy go odebrać okazało się, że ma 38 st gorączki. Popatrzyłam na niego, ani kataru ani kaszlu. Żadnych innych niepokojących objawów. Pojechaliśmy do domu pewni, że może to ze stresu, albo jakieś przeziębienie. W koncu na nic się nie skarżył, a robił to zawsze, gdy go coś bolało. Była to jednak cisza przed burzą.
Dostał leki wieczorem, potem o 1 w nocy. Temperatura nie przekraczała 39 stopni. Następnego dnia chcieliśmy pójść do lekarza. Nie zdążyliśmy. O 5 rano przeżyliśmy koszmar. 41 stopni! Jednak to nie wszystko. To, co się wydarzyło pozostawiło wielki ślad w psychice. Drgawki nie zagrażają życiu dziecka, ale to traumatyczne przeżycie dla rodziców. Przeżyłam to sama, dlatego chciałabym Cię uprzedzić, jak radzić sobie w takim przypadku. 

Jak to wygląda?

Dziecko zaczyna drżeć, pręży się, traci kontakt z otoczeniem. Oczy podchodzą do góry, a niekiedy występuje ślinotok. Dziecko nie reaguje na Twój głos, nie utrzymuje kontaktu wzrokowego. Wygląda to naprawdę okropnie. Zdarza się, że występuje wstrzymanie oddechu. Nie można jednak dać ponieść się emocjom i zachować zimną krew.

Co robić?

Ułożyć dziecko na miękkim podłożu lub trzymać luźno na rękach żeby zapobiec urazom. Dobrze jest ułożyć je bokiem, co zapobiegnie ewentualnemu zachłyśnięciu się śliną. W żadnym wypadku nie można podawać dziecku płynów lub pokarmów i niezwłocznie wyjąć wszystkie przedmioty z buzi (butelka, smoczek). Jeżeli występuje wysoka gorączka podać leki w postaci czopków, aby jak najszybciej ją zbić. Napad nie powinien trwać dłużej niż 5 minut. W tym czasie należy zadzwonić po karetkę lub samemu udać się do lekarza w celu ustalenia przyczyny i wykonania niezbędnych badan. Nie zapomnij jednak, że dziecko nie może zostać nawet na moment samo.

Najważniejsze to nie bać się! 

Pamiętaj, że drgawki gorączkowe nie zagrażają życiu. Nie można jednak zbagatelizować ich wystąpienia. Występuje nawet u 4% dzieci do około 5 roku życia. Najczęściej towarzyszą różnego rodzaju infekcjom. Zazwyczaj drgawki gorączkowe występują u dziecka tylko raz w życiu. Jeżeli zdarzają się częściej trzeba zrobić specjalistyczne badania w kierunku padaczki czy innych chorób. 

Po pierwszym (i mam nadzieję, że ostatnim!) napadzie lekarz przepisał nam lek przeciwdrgawkowy w postaci wlewki doodbytniczej. Jest to lek na receptę, więc w razie czego dalsze instrukcje dostaniecie od swojego lekarza.

To wszystko brzmi strasznie, ale im więcej informacji zasięgniemy teraz, tym później lęk będzie mniejszy. Drgawki gorączkowe są dziedziczne, więc jeżeli nikt z Waszych bliskich na to nie choruje i jest to pierwszy raz, możecie być spokojniejsi. 

Mam nadzieję, że żaden z rodziców nie będzie musiał przez to przechodzić. Powinniśmy jednak dzielić się takimi informacjami. Wtedy łatwiej nam w takich sytuacjach zachować zimną krew.


Też tak uważasz? Podziel się informacją ze znajomymi rodzicami!

25

Co to może oznaczać?

25 kg masy, 25 razy powtórzone ćwiczenie, 25 zapałek w pudełku?
Dla mnie oznacza to nowy start.


Jedni mówią, że 25 lat to jeszcze młodzież, inni za to nazywają Cię starą dupą. 
Komu wierzyć? :) 

Ćwierć wieku to szmat czasu, zważywszy na to, że całe życie mojego syna to zaledwie 2 wiosny. Postanowiłam, że właśnie teraz stawiam grubą kreskę oddzielając moją przeszłość od tego co dopiero się stanie. Stawiam sobie plany, o których realizację będę zaciekle walczyć. Do tej pory lenistwo brało górę, ale czytałam tak wiele blogów, na których właściciele opisują swoje sukcesy, że sama zapragnęłam tej pozytywnej energii. Postanowiłam wziąć się w garść i przestać narzekać. Jeszcze tyle życia przede mną, które zamierzam wykorzystać jak najlepiej potrafię.

Ciekawi Cię czy dam radę? Mnie też. Spróbujemy?

Kulturalny dwulatek

Schodzimy po schodach. Nagle na klatkę z mieszkania pod nami wyłania się sąsiad. Wzrok w podłogę, hyc na schody. Wtem rozlega się głośne
-Dzień dobly!
Sąsiad budzi się z letargu, doszedł do niego sens słów i dalej z uśmiechem na ustach odpowiada 
-Dzień dobry 


Jak Tosiek chce żebyśmy się przesunęli, bo stoimy mu na drodze mówi "przepraszam". Kiedy ktoś kichnie mówi "na zdrowie". Jeżeli podaję mu choćby tylko kubek z piciem odpowiada "dziękuję". 

Wiele osób śmieje się z tego i odbiera to jedynie jako żart. Bo przecież takie dzieci są słodziutkie, jeszcze tak niewyraźnie mówią. Powiem Wam, że mnie wtedy rozpiera duma. Serducho rośnie ogromnie! Najlepsze jest to, że my go do tego nie zmuszamy, nie karzemy mu tego ciągle powtarzać. Czasami napomkniemy jak dostanie od kogoś prezent, nakierujemy, że w tym przypadku słowo "dziękuję" będzie odpowiednie i tłumaczymy dlaczego. To jest przykład na to, że taki dwulatek, chociaż może nie wygląda, to chłonie wszystko jak gąbka. Obserwuje jak zachowujemy się w domu, jak w gościach, podłapuje słówka, które wypowiadamy w różnych sytuacjach.

Odkąd na zaskoczenie lub na przestraszenie się Tosiek rzucił pare razy słowami "O Jezu!", zaczęliśmy bardziej zwracać uwagę na to jak się wyrażamy. Możecie sobie wyobrazić jak to komicznie wygląda, ale niestety nigdy nie wiemy w jakiej sytuacji i przy kim tak powie :) Jak już mówiłam, nie rzucamy w domu słowami typu "co mi na język przyjdzie". Wcale nie było to takie trudne, a po niedługim czasie mogłam już wymieniać się uprzejmościami z moim dwulatkiem. 

Nie popadajmy jednak w skrajność, nie przestawajmy się odzywać z obawy, że nieświadomie podsuniemy dziecku nieodpowiednie słowo. Właśnie musimy rozmawiać i to bardzo dużo. Słownictwo jakim będzie się posługiwać dziecko najpierw wychodzi z domu. Warto więc trochę dłużej zastanowić się nad wszystkim. Jak dla mnie to pełen sukces słyszeć "przepraszam, proszę, dziękuje" jeszcze w wersji bez "r" ;)

Kiedy to On choruje...

Zdarza się, że pomimo naszych starań i bronienia się rękami i nogami dopada nas choroba. Raz bardziej, raz mniej, oby jak najrzadziej. Tak samo nie jest tajemnicą, że matka chorować nie może :) Co jednak się dzieje jeżeli mąż zachoruje? Naszło mnie tak na refleksje teraz, kiedy jestem aktualnie w stanie nie do końca zdrowym.


Kiedy tylko On zachoruje...


Jeżeli nie masz jeszcze dzieci to możesz się przygotować, to będzie wielki test dla Ciebie i Twojej cierpliwości! Mężczyzna podczas choroby staje się małym bezbronnym chłopcem niezwykle zależnym od Ciebie. Jeżeli poradzisz sobie z czymś takim, nie masz się czego obawiać, dasz sobie radę jako matka :) "Podaj wodę, boli mnie, pomasuj, głodny jestem, chce mi się spać, nie chce mi się już spać, boli mnie głowa..." to tylko początek ;)

TT: Mam 37st, umieram...
TM: (patrzy z litością)
* * *
TM: Mam 39st...
TT: Wcale nie wyglądasz na taką chorą...
 :)


Kiedy Ona zachoruje...


Tutaj przytoczę tylko kilku słów między nami rodzicami podczas mojej poprzedniej choroby.

(5 rano)
TM: Ej, śpisz? Mam 40 st gorączki...
TT: Ale to mam nie iść do pracy? (wielkie zdziwienie na twarzy Małża)





Kiedy zachoruje On, a zaraz potem Ona...


Jeżeli naprawdę okropnie się czułam, to zwalałam domowe obowiązki na Męża, niestety. Prawie zawsze słyszałam w odpowiedzi, że on mnie tak po wszystko nie ganiał. Moje przykłady nie działały, bo przecież jego pamięć taka krótka...;)

Co się działo jeśli choroby były w odstępie kilku dni, a więc zapomnieć jeszcze się nie dało?
Kuchnia wypucowana, naczyń w zlewie brak, pranie wstawione, jedno już schnie, obiad zrobiony, podany do łóżka, dziecko zadowolone. Nie zrobiłam z tego ani jednej rzeczy, a więc można?Można!

TM:Zrobisz dziś obiad?
TT: A Ty nie dasz rady?
TM: Ja Ci podawałam jedzenie do łóżka...
TT:......(odgłos stukania w kuchni) :)

Tak więc moje Drogie, przypadek nie zawsze jest beznadziejny ;)


(Swoim wpisem nie chciałam urazić żadnego przedstawiciela płci męskiej, no ale Panowie, nie oszukujmy się ;))

DIY: Prezent na każdą okazję

To pierwsze DIY niekulinarne na moim blogu. Inspirację zaciągnęłam z internetu, a że efekt wyszedł mi zadowalający, to postanowiłam się nim podzielić.



Obrazek nadaje się na Dzień Babci i Dziadka, Dzień Matki, Dzień Ojca, urodziny, imieniny...Każdy dorosły na pewno go doceni. Jego wykonanie zajmuje jeden dzień, a więc nie tak długo :)

Co będzie Wam potrzebne? Naprawdę niewiele!

- cienka deseczka ok 20x30cm (ja znalazłam w Castoramie w ścinkach coś jak na tyłach antyram <nie wiem jak to się nazywa>  za niecałą złotówkę)
- kordonek, włóczka, mulina (coś grubszego) -u mnie w kolorze białym
- 2-3 paczki najmniejszych gwoździków
- młotek
- ołówek
- cierpliwość :)



Od czego zacząć?

Najpierw rysujemy delikatnie ołówkiem zarys naszego rysunku. Ja zrobiłam drzewo, ale może to być cokolwiek. Ogranicza Was tylko wyobraźnia :)


Wskazówka: Dobrze zrobić dosyć duże załamania, bo potem może być problem przy wbijaniu gwoździków.

Jak już mamy naszkicowany nasz projekt to bierzemy młotek i wbijamy gwoździki na narysowaną linię starając robić się to w równej odległości.






Wskazówka: Ja robiłam to średnio co 8mm. 1cm to trochę za dużo jak dla mnie, a mniej za gęsto i może być problem z przeplataniem i zajmie nam to dużo więcej czasu.
Pamiętajcie też o podkładce, bo niechcący możecie podziurawić podłogę lub biurko ;)

Jak już skończycie swoje zawijasy, to potem należy powbijać gwoździki na krawędziach deseczki, tak aby utworzyły ramkę



Gwoździki powbijane - połowa roboty za Wami ;)

Teraz na jednym gwoździku zawiązujecie supełek i zaczynacie przeplatać nitkę o gwoździki, tworząc nieregularną sieć. Nie ma na to jednego sposobu. Każdy kolejny gwoździk był losowy. Starajcie się tylko żadnego nie ominąć i będzie dobrze. Nitka musi być też dosyć mocno naprężona żeby nie spadała z gwoździ, ale na tyle luźna żeby gwoździe nie powypadały z deseczki.




Zdarzało się, że coś mi spadło dlatego mój obrazek podzieliłam na "3 części". Jak przeplotłam 1/3 obrazka to zawiązałam supełek i zaczęłam od początku na 2/3 części. Zakończyłam supełkiem i powtórzyłam na ostatniej części. Nie musiałam wtedy robić wszystkiego od nowa jakby pod koniec coś nie wyszło.




Kolejnym etapem jest przeplecenie nitki na krawędziach (u mnie) drzewa i ramki.




U mnie na końcu (bo zapomniałam, ale u Was powinno być na początku) zostało doczepić z tyłu zawieszki, które umożliwią powieszenie obrazka na ścianie.


Tak powstało moje dzieło  :)


Co do deseczki moja była trochę za cienka. Z tyłu gwoździki nieznacznie wystawały. Grubsza byłaby może bardziej stabilna, chociaż ta trzyma się cały czas.

Teraz troszkę pozanudzam ;)

W minione Święta Bożego Narodzenia wpadliśmy całą rodziną na świetny pomysł. Z racji tego, że na jednej z dwóch Wigilii mieliśmy około 15 osób do obdarowania, gdzie czekała jeszcze druga połowa rodziny (w tym roku obskoczyliśmy dwie imprezki na raz), postanowiliśmy poeksperymentować. Pierwsza rzecz to taka, że zrobiliśmy losy i każdy losował jedną osobę, której kupował prezent. Na rzecz wielu drobnostek postawiliśmy na pojedyncze konkretne prezenty. Wiem, że wiele dużych rodzin tak robi. Może nawet któraś z Waszych? :)
Drugi punkt jest bardziej skomplikowany, ponieważ...wszystkie prezenty były HOMEMADE! Na początku byliśmy podzieleni co do takiego rozwiązania, ale ostatecznie przy nim zostaliśmy. Przecież za rok nie musimy tego powtarzać. Co się jednak okazało? Jednogłośnie okrzyknęliśmy to naszą nową tradycją! Prezenty były wspaniałe (nie podejrzewałabym wszystkich o takie talenty i pomysły) i kreatywne, a do tego nadawały się do użytku codziennego. Nikt potem nie miał problemu co zrobić z nietrafionym prezentem. W każdy zostało włożone wiele pracy i serca :) Byłam naprawdę urzeczona, a dziecięca magia Świąt powróciła!
Dzieci mamy jeszcze malutkie, więc ich prezenty to osobna (już sklepowa) bajka.
Tak właśnie brzmi historia, która zapoczątkowała istnienie tego DIY:)


Mam nadzieję, że pomysł się Wam podoba i ktoś z niego skorzysta. Zdjęcia może nie oddają całkowicie uroku, ale naprawdę warto spróbować. Jak nie dla kogoś, to dla samego siebie na ozdobę domu :)

Koniecznie przesyłajcie zdjęcia swoich prac na mojego maila lub Facebooka!